Taczewski zeskoczył na jego widok z sani, a ksiądz posunął się też żywiej ku niemu i widząc, że zdrów i cały, zawołał:
-No, co tam?
-A przywożę ichmościów - odpowiedział Jacek.
Twarz staruszka rozjaśniła się na chwilę, ale spoważniała zaraz, gdy na saniach dostrzegł umazanych krwią Bukojemskich i Cyprianowicza.
I aż klasnął w dłonie.
-Wszystkich pięciu! - zawołał.
-A pięciu!...
-Obraza boska!
Po czym do rannych:
-Jakże waściom?
Oni pokłonili mu się czapkami, prócz Marka, który mając przecięty obojczyk, nie mógł nie tylko prawą, ale i lewą ręką poruszać. Więc tylko stęknął i rzekł:
-Ha, godnie nas opieprzył, nie ma co!
-Nic to! - ozwali się inni.
-W Bogu nadzieja, że nic - odpowiedział staruszek. -Do domu teraz! Do domu jak najprędzej! Wnet się was opatrzy.
I kazał ruszać saniom, sam zaś poszedł za nimi z Taczewskim tak pospiesznie, jak tylko mógł. Na chwilę jednak zatrzymał się, radość zamigotała mu znów w twarzy, nagle objął za szyję Taczewskiego i rzekł:
-Jacuś! niechże cię uściskam. A to pełne sanie ich przywiózł, jak snopów!
Taczewski zaś pocałował go w rękę i odpowiedział:
-Sami chcieli, dobrodzieju.
A ksiądz położył mu jeszcze dłoń na głowie, jakby chcąc go pobłogosławić, ale wnet się pomiarkował, że radość sukni nie przystoi, więc spojrzał surowiej i rzekł:

WQZJPKM WQGVBGM WQVYPKM WJVXXBM WJXVVKM   Domy Pitrowe | prezent dla ma | Kosmetyki Naturalne | Agencja Reklamowa Gliwice | Krzesa Biurowe Warszawa