Zrozumiał to i pan Stanisław, a przeto i radość jego znikła, i począł atakować goręcej. A wtem Taczewski skrzywił się, jakby już miał dosyć zabawy, odbił cios zwany "mylnym" - i natarł, a po chwili uskoczył w bok.
-Dostałeś waść! - rzekł.
Cyprianowicz poczuł istotnie jakby zimno w ramieniu, ale odrzekł:
-Nic mi! Dalej!
I przyciął znów, lecz w tej chwili koniec szabli Taczewskiego roztworzył mu dolną wargę i skórę na brodzie. Pan Jacek uskoczył po raz wtóry.
-Broczysz! - rzekł.
-Nic i to!
-Jeśli nic, to chwała Bogu! - odparł Taczewski - ale ja mam już dość, a do waści rękę wyciągam. Waćpan prawdziwie po kawalersku stawałeś.
Cyprianowicz, podniecony bardzo, ale zarazem ujęty słowami pana Jacka, stał przez chwilę, jakby wahając się, czy ma dać pokój, czy nacierać dalej - wreszcie jednak schował szablę do pochwy i wyciągnął dłoń.
-Niechże i tak będzie. Co prawda, to i broczę jak się patrzy.
To rzekłszy dotknął lewą ręką brody i począł spoglądać jakby ze zdziwieniem na krew, która poplamiła mu obficie dłoń i palce.
-Trzymaj śnieg na ranie, bo spuchnie! - rzekł pan Jacek - i chodź do woza.
To rzekłszy wziął go pod ramię i poprowadził do Bukojemskich, którzy spoglądali na niego w milczeniu, nieco zdziwionym, a zarazem osowiałym wzrokiem. Pan Jacek budził w nich teraz rzetelny szacunek, nie tylko jako mistrz w szabli, ale jako kawaler "górnych manier", takich właśnie, jakich im brakło.