ROZDZIAŁ XXIII


W taki to wieczór siedział na przyzbie domu pan Cyprianowicz, goszcząc księdza Woynowskiego, któren po nieszporach przyjechał go odwiedzić, i czterech panów Bukojemskich stale przebywających w Jedlince. Przed nimi stał na krzyżakach stół, za nim łagiewka miodu i szklenice, a oni słuchając cichego szumu puszczy popijali z wolna, podnosząc oczy ku niebu, na którym błyszczał mocno sierp księżyca, i rozmawiając o wojnie.
-Dzięki Bogu i waszmości dobrodziejowi, że wkrótce znów będziem gotowi do drogi - mówił Mateusz Bukojemski. -Co tam było, to było. I święci nawet grzeszyli, a cóż dopiero ułomny człowiek, któren bez łaski boskiej nic nie wskóra. Ale jak spojrzę na ów miesiąc, któren jest tureckim znakiem, to mnie tak zaraz ta pięść swędzi, jakby mi ją komary ocięły. No! daj Bóg jak najprędzej, to sobie człek ulży.
Najmłodszy Bukojemski zamyślił się trochę i rzekł:
-Czemu to, księże dobrodzieju, Turkowie jakoweś nabożeństwo do miesiąca mają i na chorągwiach go noszą?
-A psi to nie mają nabożeństwa do miesiąca? - zapytał ksiądz.
-Pewnie, że tak, ale dlaczego Turcy?
-Właśnie dlatego, że psubraty.
-A, jak mi Bóg miły, racja! - odrzekł młodzian, spoglądając z podziwieniem na księdza.
-Ale miesiąc temu nie winien - zauważył gospodarz - i miło patrzeć, kiedy tak w cichości nocnej omaści swoim światłem drzewa, jakby je kto srebrem obsypał. Lubię ja okrutnie siedzieć sobie w taką noc, spoglądając ku niebu i wszechmocność boską podziwiać.

WQBGYGM WQPVJBM WQPBYPM WJJKVQM WJZQXVM   arwki Led | Fryzury | Odywki | Fotografia | Torby Podrzne