-Oj jej! - rzekł Łukasz - jak wyjeżdżał, to mało nie oszalał z radości. A śpiewał ci tak, że aż się łojówki w karczmie przewracały. Prawda, że i podpiliśmy na waletę.
Pan Pągowski znów spojrzał na pannę Sienińską i spostrzegł, że rumiana i pełna życia i młodości jej twarz nagle jakby skamieniała. Kapturek zesunął się jej całkiem z głowy, oczy miała zmrużone jak we śnie i tylko z ruchu nozdrzy i nieznacznego drżenia brody można było poznać, że nie śpi, ale słucha i pilnie słucha.
I aż litość brała patrzyć na nią, lecz nieubłagany szlachcic pomyślał: "Jeślić jeszcze tkwi drzazga w sercu, to ci ją wyrwę".
A głośno rzekł:
-Takem się i spodziewał.
-Czegoś się waszmość spodziewał?
-Że waćpanowie podpijecie na waletę i że pan Taczewski wyjedzie stąd śpiewający... Ha! kto fortunę goni, musi się śpieszyć, a komu się ona uśmiecha, ten ją może i złapie...
-Oj jej! - powtórzył Łukasz.
Na to zaś Marek:
-Dał mu ksiądz Woynowski listy do pana Zbierzchowskiego, jako jego znajomek i przyjaciel, a tam, w Zbierzchowie, ziemia taka, że wszędy cebulę można siać - i panna jedynaczka, co jej dopiero piętnaście lat. Już się też waszmość o Taczewskiego nie frasuj. Da on sobie rady i bez waszmości, i bez tutejszych radomskich piasków.