WIZA
Nie mam niechęci do Żydów. Tak samo jak nie mam niechęci do mrówki ani
do myszki.
Czeka przez chwilę, co na to powiem.
Siedzi ciężko. Jest duża i dosyć tęga. Nie rozstała się dotąd ze swym
obozowym chałatem w szare i granatowe pasy. Aż dotąd też ma włosy obcięte
krótko przy głowie, jak mężczyźni. I na niej taką samą w szare i granatowe
pasy czapeczkę.
Przyszła z wizytą. Siedzi na miękkim krześle w pokoju hotelowym. O nic nie
prosi, niczego nie potrzebuje. Nie potrzebuje zwłaszcza pieniędzy. A te,
które otrzymała w Opiece, pragnie co prędzej oddać komukolwiek, komu są
bardziej potrzebne. W ostateczności chce je oddać choćby na przechowanie.
Takim ją bowiem przejmują obrzydzeniem.
Ręką trzyma oparte o poręcz krzesła dwie duże drewniane kule.
- Dlaczego ja mówię o tej myszce - opowiada, chociaż nie zapytałam jej
o to. I uśmiecha się.
Uśmiecha się ładnie. Pokazuje przy tym dużo białych, młodych zębów. Jej
oczy brunatne świecą się silnie, policzki są ciemne i rumiane.
Jest młoda, ale bardzo zeszpecona tymi za krótkimi włosami, zjeżonymi jak
szczotka, tą czapką kuchcika i dużymi okularami na nosie.
- Bo raz z jedną mariawitką obierałyśmy w kuchni blokowej kartofle.
I w tych kartoflach znalazłyśmy gniazdko myszy. Gniazdko było w ziemniaku.