- Co poczniesz, jeżeli Tutmozisowi nie uda się opanować świątyni?
- Odbiorę mu naczelne dowództwo i schowam do skrzyni moją koronę, a włożę hełm oficerski - odpowiedział Ramzes. - Jestem pewny, że gdy sam wystąpię na czele wojska, bunt upadnie...
- Który?... - spytała Hebron.
- Ach, prawda, że mamy aż dwa bunty! - zaśmiał się Ramzes. - Pospólstwo przeciw kapłanom, kapłani przeciw mnie...
Pochwycił Hebron w objęcia i zaprowadził na kanapę szepcząc:
- Jakaś ty dziś piękna!... Ile razy widzę cię, zawsze wydajesz mi się zupełnie inną i coraz piękniejszą...
- Puść mnie!... - szepnęła Hebron. - Czasami lękam się, ażebyś mnie nie ugryzł...
- Ugryźć... nie... ale mógłbym cię zacałować na śmierć... Ty nawet nie wiesz, jaka jesteś piękna...
- Po ministrach i jenerałach... No, puść...
- Chciałbym przy tobie zamienić się w krzak granatu... Chciałbym mieć tyle ramion, ile drzewo ma konarów, ażeby cię ściskać... Tyle dłoni, ile jest liści, i tyle ust, ile kwiatów, ażebym w jednej chwili mógł całować twoje oczy, usta, piersi...
- Jak na władcę, którego tron jest zagrożony, masz myśli dziwnie swobodne...
- Na łożu nie dbam o tron - przerwał. - Dopóki mam miecz, będę miał władzę.
- Wojsko twoje jest rozbite - mówiła broniąc się Hebron.
- Jutro przybędą świeże pułki, a pojutrze zgromadzę rozbitych... Powtarzam ci, nie zaprzątaj się marnościami... Chwila pieszczot więcej warta niż rok władzy.
W godzinę po zachodzie słońca faraon opuścił mieszkanie Hebron i powoli wracał do swego pałacyku. Był rozmarzony, senny i myślał, że arcykapłani są wielkimi głupcami stawiając mu opór. Jak Egipt Egiptem, nie byłoby lepszego pana niż on.