- Pójdźmy i my wszyscy na spoczynek; kto wie, czy następnej nocy będziemy spali! - rzekł Brzozowski.
- Może snem wiecznym - zakończył wojewoda.
To rzekłszy udał się do alkierza, przy którego drzwiach czekał już pachołek, a za nim rozeszli się i inni. Łowczy Krzetowski prowadził Skrzetuskiego do swej kwatery, która była o kilka domów dalej. Pachołek z latarką szedł przed nimi.
- Jakaż to noc ciemna i zawieja coraz większa - mówił łowczy. - Ej, panie Janie! cośmy za chwile dziś przeżyli... myślałem, że sąd ostateczny blisko. Czerń prawie nam nóż na gardle trzymała. Bryszowskiemu ręce ustawały. Jużeśmy się żegnać zaczynali.
- Byłem między czernią - odrzekł Skrzetuski. - Jutro na wieczór czekają nowej watahy zbójców, której dali znać o was. Jutro trzeba koniecznie stąd wyruszyć. Wszakże do Kijowa jedziecie?
- Zależy to od responsu Chmielnickiego, do którego kniaź Czetwertyński pojechał. Oto moja stancja... wejdź proszę, panie Janie, kazałem wina zagrzać, to się posilimy przede snem.
Weszli do izby, w której na kominie palił się potężny ogień. Dymiące wino stało już na stole. Skrzetuski schwycił z chciwością za szklanicę.
- Od wczoraj nie miałem nic w gębie - rzekł.
- Wymizerowanyś strasznie. Widać i boleść, i trudy cię stoczyły. Ale mów mi jeno o sobie, boć ja przecie wiem o twojej sprawie... to ty kniaziówny tam między nimi szukać zamyślasz?
- Albo jej, albo śmierci - odparł rycerz.
- Łatwiej śmierć znajdziesz: skądże wiesz, że kniaziówna tam może być? - pytał dalej łowczy.
- Bom jej gdzie indziej już szukał.
- Gdzie tak?
- Wedle Dniestru aż do Jahorlika. Jeździłem z kupcami ormiańskimi, bo były wskazówki, że tam ukryta; byłem wszędzie, a teraz do Kijowa jadę, gdyż tam ją miał Bohun odwieźć.
Zaledwie porucznik wymówił nazwisko Bohuna, gdy łowczy porwał się za głowę.