TREN XIX - ALBO SEN



Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała

Zamknąć i zemdlonego upokoić ciała;

Ledwie miç na godzinę przed świtaniem swymi

Sen leniwy obłapił skrzydły czrnawymi.

Natenczas mi się matka własnie ukazała,

A na ręku Orszulę moję wdzięczną miała,

Jaka więc po paciorek do mnie przychodziła,

Skoro z swego posłania rano się ruszyła.

Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone,

Twarz rumiana, a oczy ku śmiechu skłonione.

Patrzę, co dalej będzie, aż matka tak rzecze:

“Śpisz, Janie’? czy cię żałość twoja zwykła piecze?”

Zatym-em ciężko westchnął i tak mi się zdało,

Żem się ocknął. - A ona, pomilczawszy mało,

Znowu mówić poczęła: “Twój nieutolony

Płacz, synu mój, przywiódł mię w te tu wasze strony

Z krain barzo dalekich, a łzy gorzkie twoje

Przeszły aż i umarłych tajemne pokoje.

Przyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoję,

Abyś ją mógł oględać jeszcze, a tę swoję

Serdeczną żałość ujął, która tak ujmuje

Sił twoich i tak zdrowie nieznacznie twe psuje,

Jako ogień suchy knot obraca w perzyny,

Darmo nie upuszczając namniejszej godziny.

Czyli nas już umarłe macie za stracone

I którym już na wieki słońce jest zgaszone?

A my, owszem, żywiemy żywot tym ważniejszy,

Czym nad to grube ciało duch jest szlachetniejszy.

WJJJVXM WJZJZXM WJJKPQM WQPPXVM WQPVPQM   Obudowy | Zdjcia | Perfumy | Euro 2008 Wyniki | pozycjonowanie