Wieczorami, jak tylko krąg słoneczny chował się w wycięcia wysokich skał, brała strzelbę i udawała się na polowanie, a za nią wlókł się leniwo jej "baby", kołysząc wedle niedźwiedziego zwyczaju olbrzymim łbem na obie strony.
Tak straszliwa eskorta zabezpieczała ją od wszelkiego niebezpieczeństwa.
Czasem odwiedzał osadę jenerał Sutter, który w bardzo prędkim czasie przylgnął do tych jedynie porządnych ludzi na pustyni. Nie zdawał i on sobie dobrze sprawy z tego, dlaczego taka miss Monteray siedzi w lesie, ale zresztą był bardzo kontent z tego. Czasami także Mary w towarzystwie "baby", a często i starego Tallera, odwiedzała "swych dżentelmenów" w mieście. Dla miasta każda jej wizyta była uroczystością. Kochano ją tam jak wspólne dziecko, zwłaszcza gdy okazało się, że dziecko to w razie potrzeby umie pielęgnować chorych i rannych. W mieście dzięki jej wpływowi i łagodniejszym uczuciom, jakie umiała budzić w surowych duszach górników, obyczaje poczęły również nieco łagodnieć.
Straszny dąb mniej często nosił ludzkie owoce. Regulatorowie z początku częstokroć zapraszali Mary na posiedzenia, ale wkrótce przekonali się, że "z tą panną" niepodobna powiesić nikogo po ludzku.
Za to ci, których ocaliła, byli "jej ludźmi" na śmierć i życie.
Jeden człowiek tylko zniknął, jakby wpadł w wodę. Nie widywano go w mieście, nie było go między drwalami, słowem, nigdzie. Mary raz przypomniała sobie owego młodzieńca, którego o mało nie zadławił jej "baby", i pytała o niego.
-Rows? - odpowiadano jej - dobry chłopak, pewno nie żyje.
Było to rzeczą tak jeszcze zwyczajną, że nawet i Mary nie pytała więcej o niego.