Ach! jakiż ja byłem osieł, że mając przy sobie taką kobietę szukałem szczęścia gdzie indziej, w sferze, w której byłem zupełnie obcy i która dla mnie była obcą...
Co za natura artystyczna tej Ewki! Jest moją narzeczoną, więc przejmuje się zaraz tą rolą i mimo woli trochę gra rolę młodej i szczęśliwej narzeczonej. Ale nie biorę tego za złe kochanemu stworzeniu, które tyle lat było w teatrze.
Po obiedzie jedziemy do Heli Kołczanowskiej.
Z chwilą jak Ewa może mnie przedstawić jako swego narzeczonego, figiel z dziadem staje się niewinny i nie może wywołać nieporozumień między tymi paniami. Jakoż Hela dowiedziawszy się o tym, przyjmuje nas z otwartymi rękoma i jest uszczęśliwiona szczęściem Ewy. Śmiejemy się jak trójka wariatów z "dida", z tego, co "did" musiał wysłuchać o malarzu Magórskim. Wczoraj chciałem zasztyletować Ostrzyńskiego, dziś podziwiam jego spryt...
Hela śmieje się tak, aż jej przezroczyste oczy łzami zachodzą. Mówiąc nawiasem, jest przecudna. Kiedy w końcu wizyty przechyla główkę, nie mogę od niej oczu oderwać i sama Ewka jest pod urokiem do tego stopnia, że potem wciągu dnia bezwiednie naśladuje to przechylenie głowy i to spojrzenie...
Umawiamy się, że po powrocie z zagranicy będę malował portret Heli, ale przedtem w Rzymie zrobię moją Ewkę, jeśli tylko potrafię oddać te rysy tak delikatne, że aż prawie przerafinowane, i tę twarz tak wrażliwą, że każde wzruszenie odbija się w niej jak chmurka w jasnej wodzie...