Mamy tu do czynienia z sytuacją w najostrzejszy chyba sposób demonstrującą, że wiara i religijność nie zawsze są tym samym, choć można odnieść wrażenie, że różnicy tej nie dostrzega się w codziennej praktyce,a zwłaszcza nie wyprowadza z faktu jej istnienia dostatecznie dalekich (ale za to bliższych życiu) konsekwencji. Jan Paweł II w swych rozmowach z André Frossardem powie, że wiara to nie tylko przyjęcie istnienia Boga, oznacza ona bowiem zasadnicze przekroczenie takiego poglądu - "jest Odpowiedzią na słowo Boga żywego" (Rozmowy, s. 53).
Ojcem wszystkich wierzących nazywany jest przez św. Pawła Abraham (Rz 4,11). On uwierzył obietnicy Boga, był posłuszny wezwaniu. "I nie okazał wahania ani niedowierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić,co obiecał" (Rz 4,20).
W naszej codziennej praktyce modlitewnej rzadko chyba pamiętamy, że istnieje jakiś pełen miłości plan Boga, jakieś wezwanie, jakaś obietnica w stosunku do nas i do całego świata i że o pomoc w ich odnalezieniu, odczytaniu pośród życiowych wydarzeń mamy wołać w modlitwie przede wszystkim: "Daj mi poznać drogi Twoje, Panie, i naucz mnie Twoich ścieżek" (Ps 25,4). Skąd bierze się owo zapomnienie? Co powoduje, że nie czujemy, by w naszym życiu realizowała się jakaś Boża obietnica, nie pędzimy "ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie" (Flp 3,14)? Przeciwnie: ustalamy własne cele, usiłujemy je osiągnąć, przekonujemy się, że wciąż nie przynosi to nam zadowolenia... i zaczynamy od początku, szukamy nowego celu. Nawet w środowiskach, uważających się za bardzo chrześcijańskie i pobożne, usłyszymy życzenia "pomyślności", życzenia, by wszystko układało się "po myśli" człowieka, którego spotykamy. Strach pomyśleć, jak wyglądałby świat, gdyby realizowały się nasze najskrytsze marzenia, często przecież nie uświadomione, albo takie, jakich nie wyjawilibyśmy nawet najlepszemu przyjacielowi.